Ponieważ okres żniw w pełni chciałam Wam coś napisać na ten
temat od siebie. Tak mnie jakoś wzięło na rozmyślania, kiedy to pan siedząc w
kabinie kombajnu pomachał do mnie podczas robienia obiadu. Swoją drogą szkoda, że
nie widzieliście miny mojej i Basi...
Gdy byłam małą dziewczynką strasznie ubolewałam, że za oknem
mojego pokoju rozciąga się widok na mało romantyczne pole żyta. Tego, że
sąsiadki chodziły z krowami na łąkę. I że w weekendy czuć było zabójczy fetor
gnojówki. Niby mieszkałam w średnim mieście ale tak naprawdę na najprawdziwszej
wsi. To było widać. I czuć. Niestety...
Gdy wyjechałam na studia w wieku 19 lat wreszcie wyrwałam się z
tego prowincjonalnego miejsca do większego, lepszego świata. Kina, sklepy,
knajpy - wszystko na wyciągnięcie ręki. Lepszy dostęp do kultury,
komunikacji... Generalnie rzecz ujmując lepszy dostęp do wszystkiego. Co tu
dużo mówić...Zachłysnęłam się tym wielki miastem. Tyle tylko, że za chwilę to
miasto zaczęło odbijać mi się czkawką.
Jak to powiadają mądrzy ludzie każdy kij ma dwa końce. Mój też
miał, jednak o tym przekonałam się nico później.
Wszystko się zmieniło gdy na świecie pojawiła się nasza pierwsza
córeczka... Jakoś wtedy dostęp do kultury średnio mnie interesował. O miejsce w
państwowym żłobku czy przedszkolu trzeba walczyć. Czwarte piętro. Brak
windy...Ciężki wózek, mały balkon. Sklep "Jeżyk" na parterze otwarty
siedem dni w tygodniu do godziny 23... Duszno, parno, ciężko...Muszę coś
jeszcze dodawać? Ach tak...no sklep miałam pod nosem.
Przeprowadzka
Było ciężko. Zostawiliśmy
tam kawał naszego życia, wspomnień, znajomych...ale jakoś podświadomie
wiedzieliśmy, że to dobra decyzja, choć serce jeszcze krwawiło... Później znów czekała
nas tułaczka...
Po pięciu latach wylądowaliśmy tutaj. Maleńkie prowincjonalne
miasteczko, co miastem się nazywać nie powinno. Szkoła, przedszkole, kościół,
cmentarz, kwiaciarnia, jedna Biedra, mała biblioteka, jakiś tam ośrodek
zdrowia- to centrum metropolii.
Wiecie, nie chcę Wam wciskać, że jest tylko och i ach, a życie w
mieście jest całkiem do bani. Życie w mieście jest super. Dla mnie było, ale do
pewnego momentu. Później miasto zaczęło mnie zwyczajnie męczyć. Tak, czułam się
w nim zmęczona i ospała.
Dziś do snu kołyszą mnie świerszcze, z rana słyszę skowronki. Na
spacerze spotykam zające, sarny, jelenie, myszołowy, bociany a nawet lisy...
Wdycham to powietrze i w czterech literach mam całą awanturę o smog. Nie sprawdzasz
pomiarów bo nie musisz. Tu mgła jest mgłą. Gdy na spacerze twój pies śmieje się
do ciebie wiesz, że jesteś w odpowiednim miejscu.
Tak, tak... są niedogodności...bardzo kiepska komunikacja,
błoto, insekty, myszy które potrafią wpakować ci się do domu, pył od żniw
unoszący się w powietrzu... szczególnie irytujący gdy akurat zrobiłaś pranie. Gorszy
dostęp do kultury (cały czas mam wrażenie, że jesteś gdzieś w tyle), a większe
zakupy to mała wyprawa. Może dojrzałam do tego, a może po prostu tak zwyczajnie
kocham to powietrze i wcale nie tęsknię za hałasem, wyciem syren, trajkotem
tramwajów i "byciem na bieżąco"... Albo generalnie się zestarzałam ,
bo wiecie co mogę Wam powiedzieć bez
cienia zadry na sercu i poczucia zgorszenia? Że kocham wiochę jak długa i
szeroka!
I zdaję sobie sprawę, że takie życie to nie dla wszystkich. Robactwo,
myszy i zapachy mogą skutecznie odstraszać;) Wiecie co Wam powiem w tajemnicy?
Jak za wiele, wiele lat będę na emeryturze (a jej wysokość starczy mi
oczywiście na super wygodne życie bez odmawiania sobie czegokolwiek) to kupię
sobie z moim "M" stary, drewniany dom w Bieszczadach. I wtedy to
dopiero poczuję co to znaczy życie na pełnej wsi;)
Póki co Basia czasem znajduje jaszczurki (raz znalazła z kuzynką
nietoperza - mam nawet zrobione zdjęcie w telefonie ale Wam nie pokażę), hoduje
ślimaki, biedronki które wciąż jej uciekają i kolbę kukurydzy, którą codziennie
podlewa wodą. Wymyśla im imiona i tworzy ciekawe historie. U dziadka zbiera
jajka i daje jeść zwierzakom. Dogląda uprawy pszenżyta, którą dziadzia uprawia
dla kur. Dużo biega i czasem narzeka, że bolą ją nogi... Myślę jednak, że jest
szczęśliwa na co wskazuje czystość wody w wannie i tona piasku na jej dnie;)
A teraz zapraszam na spacer po okolicy.



















