sobota, 12 sierpnia 2017

Wieś




Ponieważ okres żniw w pełni chciałam Wam coś napisać na ten temat od siebie. Tak mnie jakoś wzięło na rozmyślania, kiedy to pan siedząc w kabinie kombajnu pomachał do mnie podczas robienia obiadu. Swoją drogą szkoda, że nie widzieliście miny mojej i Basi...


Gdy byłam małą dziewczynką strasznie ubolewałam, że za oknem mojego pokoju rozciąga się widok na mało romantyczne pole żyta. Tego, że sąsiadki chodziły z krowami na łąkę. I że w weekendy czuć było zabójczy fetor gnojówki. Niby mieszkałam w średnim mieście ale tak naprawdę na najprawdziwszej wsi. To było widać. I czuć. Niestety...

Gdy wyjechałam na studia w wieku 19 lat wreszcie wyrwałam się z tego prowincjonalnego miejsca do większego, lepszego świata. Kina, sklepy, knajpy - wszystko na wyciągnięcie ręki. Lepszy dostęp do kultury, komunikacji... Generalnie rzecz ujmując lepszy dostęp do wszystkiego. Co tu dużo mówić...Zachłysnęłam się tym wielki miastem. Tyle tylko, że za chwilę to miasto zaczęło odbijać mi się czkawką.

Jak to powiadają mądrzy ludzie każdy kij ma dwa końce. Mój też miał, jednak o tym przekonałam się nico później.

Wszystko się zmieniło gdy na świecie pojawiła się nasza pierwsza córeczka... Jakoś wtedy dostęp do kultury średnio mnie interesował. O miejsce w państwowym żłobku czy przedszkolu trzeba walczyć. Czwarte piętro. Brak windy...Ciężki wózek, mały balkon. Sklep "Jeżyk" na parterze otwarty siedem dni w tygodniu do godziny 23... Duszno, parno, ciężko...Muszę coś jeszcze dodawać? Ach tak...no sklep miałam pod nosem.


Przeprowadzka 

 Było ciężko. Zostawiliśmy tam kawał naszego życia, wspomnień, znajomych...ale jakoś podświadomie wiedzieliśmy, że to dobra decyzja, choć serce jeszcze krwawiło... Później znów czekała nas tułaczka...


Po pięciu latach wylądowaliśmy tutaj. Maleńkie prowincjonalne miasteczko, co miastem się nazywać nie powinno. Szkoła, przedszkole, kościół, cmentarz, kwiaciarnia, jedna Biedra, mała biblioteka, jakiś tam ośrodek zdrowia- to centrum metropolii.


Wiecie, nie chcę Wam wciskać, że jest tylko och i ach, a życie w mieście jest całkiem do bani. Życie w mieście jest super. Dla mnie było, ale do pewnego momentu. Później miasto zaczęło mnie zwyczajnie męczyć. Tak, czułam się w nim zmęczona i ospała. 


Dziś do snu kołyszą mnie świerszcze, z rana słyszę skowronki. Na spacerze spotykam zające, sarny, jelenie, myszołowy, bociany a nawet lisy... Wdycham to powietrze i w czterech literach mam całą awanturę o smog. Nie sprawdzasz pomiarów bo nie musisz. Tu mgła jest mgłą. Gdy na spacerze twój pies śmieje się do ciebie wiesz, że jesteś w odpowiednim miejscu. 

Tak, tak... są niedogodności...bardzo kiepska komunikacja, błoto, insekty, myszy które potrafią wpakować ci się do domu, pył od żniw unoszący się w powietrzu... szczególnie irytujący gdy akurat zrobiłaś pranie. Gorszy dostęp do kultury (cały czas mam wrażenie, że jesteś gdzieś w tyle), a większe zakupy to mała wyprawa. Może dojrzałam do tego, a może po prostu tak zwyczajnie kocham to powietrze i wcale nie tęsknię za hałasem, wyciem syren, trajkotem tramwajów i "byciem na bieżąco"... Albo generalnie się zestarzałam , bo wiecie co mogę Wam powiedzieć  bez cienia zadry na sercu i poczucia zgorszenia? Że kocham wiochę jak długa i szeroka! 

I zdaję sobie sprawę, że takie życie to nie dla wszystkich. Robactwo, myszy i zapachy mogą skutecznie odstraszać;) Wiecie co Wam powiem w tajemnicy? Jak za wiele, wiele lat będę na emeryturze (a jej wysokość starczy mi oczywiście na super wygodne życie bez odmawiania sobie czegokolwiek) to kupię sobie z moim "M" stary, drewniany dom w Bieszczadach. I wtedy to dopiero poczuję co to znaczy życie na pełnej wsi;)

Póki co Basia czasem znajduje jaszczurki (raz znalazła z kuzynką nietoperza - mam nawet zrobione zdjęcie w telefonie ale Wam nie pokażę), hoduje ślimaki, biedronki które wciąż jej uciekają i kolbę kukurydzy, którą codziennie podlewa wodą. Wymyśla im imiona i tworzy ciekawe historie. U dziadka zbiera jajka i daje jeść zwierzakom. Dogląda uprawy pszenżyta, którą dziadzia uprawia dla kur. Dużo biega i czasem narzeka, że bolą ją nogi... Myślę jednak, że jest szczęśliwa na co wskazuje czystość wody w wannie i tona piasku na jej dnie;)


A teraz zapraszam na spacer po okolicy.














3 komentarze:

  1. Mnie nie bawią duże miasta. Wystarczą mi sporadyczne wyjazdy. Mieszkam w małym miesteczku- mam swój ogród i swoje miejsce. Nie tęsknię do tzw.wielkiej kultury, ponieważ to nie ona w życiu jest najważniejsza.
    Rozumiem Ciebie i popieram Twoje zdanie.
    Pozdrawiam i ślę uściski 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana jak to wszystko pięknie opisałaś i do tego te piękne zdjęcia! Zazdraszaczam Tobie tak pięknego miejsca do życia, ale tak pozytywnie!!! Moje marzenie to mieszkać na wsi, pomimo jakiś tam niedogodności, z dala od zgiełku miasta, ale za to powoli i z przyrodą dokoła. p.s. nie zdążyłam jeszcze pogratulować Ci i Twoim najbliższym nowego członka rodziny! Wszystkiego najlepszego dla Was, dużo zdrowia i radości!!!

    OdpowiedzUsuń