poniedziałek, 5 grudnia 2016

Przygotowania


  Święta tuż, tuż... Nie wiem jak Wy, ale ja najbardziej lubię ten cały okres PRZED. Tę krzątaninę w kuchni, zapachy, które drażnią nozdrza, ubieranie choinki już na początku grudnia tylko po to żeby się nią nacieszyć. Wspólne robienie ozdób, pieczenie...Przecież nic tak nie scala jak wspólne posiadówy przy stole, gadanie, śpiewanie, wygłupy. I wkurza mnie ta cała komercja i konsumpcja, która już od 2 listopada wpaja ci do głowy co masz człowieku kupić. Jak najwięcej, jak najlepiej, generalnie dużo za dużo, ale co tam, pomyśli się o tym później. Reklamy szybkich pożyczek specjalnie na tę okazję, specjalnie dla CIEBIE, a jakże! Tylko teraz, tylko już; promocja przecież ograniczona!
  Urodziłam się w drugiej połowie lat 80 - tych. Komuny nie pamiętam za bardzo, no może poza jedną sytuacją kiedy to sąsiadka darła się na pół wsi, że cukier do sklepu przywieźli. A tam pulchna pani w czepku na głowie w połowie kolejki stwierdziła, że ten cukier właśnie jakby to powiedzieć się skończył;-)Ominęły mnie więc wypady do galerii handlowych, bo ich zwyczajnie nie było. Szał przed świętami i dzikość ostatnich dni promocji, gratisy, must have, the best off i cuda na kiju - a co to takiego???      I w sumie to się z tego powodu cieszę. Cholernie się cieszę, że mogłam razem z koleżankami brać udział w jasełkach, samemu robić przebrania, ozdoby na świąteczne drzewko, piec razem z babcią placki, wyjadać jej z garnka resztki (oj ile razy razem z kuzynką dostałyśmy od niej opieprz...). Śpiewać razem kolędy, spotykać się i snuć marzenia przy zapalonych już lampkach co to ja bym chciała dostać, choć i tak wiem, że nie dostanę... A nawet kłócić się z rodzeństwem było tak jakoś milej, bo wiedziało się, że to w sumie tak na krótko.
  Nie raz i nie dwa byłam świadkiem jak ludziom puszczają nerwy (bo oj strasznie długo już stoję w tej kolejce, całe 10 minut, a pani kasjerka to chyba śpi, bo jakaś taka spowolniona jest). Wiecie co? Szanuję te kobiety. Za to, że siedzą w tej robocie za marne grosze i muszą wysłuchiwać tych wszystkich rzeczy. Za to, że przychodzą do domu styrane i same jeszcze muszą ogarnąć swoje poletko. I za to, że od 2 listopada głowa im nie pęka od tych wszystkich świątecznych piosenek i promocji. Ot, cała przyjemna atmosfera...;-)
  Dlatego od dłuższego czasu omijam galerie szerokim łukiem. Idę, jak muszę. Większość prezentów zamawiam przez internet. W tym roku poza jednym, krótkim wypadem w połowie listopada nie odwiedziłam marketu. Więc można przyjąć, że nie wiem co w trawie piszczy (pomijając gazetki z promocji, które wciąż wpychają mi do skrzynki). Jednak wolę spokój i prawdziwą atmosferę niż tę sztucznie nadmuchaną. Staram się mojej córeczce ją przekazać. Basia bardzo się cieszy na te nasze wspólne babskie pogaduchy przy rękodziele. Nie myślcie, że zawsze jest tak kolorowo, bo już kilka razy podniosła mi się czaszka jak wylewała farby czy upaćkała ścianę. Podobno ja też miałam do tego niezwykły dar... Czasami widząc ją, jej radość i uśmiech widzę siebie sprzed lat, gdy byłam w jej wieku. I wtedy robi mi się tak miękko na sercu, Bo zwyczajnie wiem, że tych chwil nie można kupić za największą kasę świata. Te najlepsze chwile w życiu są za darmo. Tak po prostu...



 

Proste ozdoby, a tyyyyyle radości! Bałwanki ze skarpet wypchane ryżem. Jak byłam mała to mama i ciocia robiły nam takie z białych rajstop wypełnionych watą. Były pokraczne, jednak bardzo urocze...Zawsze męczyłyśmy je, żeby nam kolejny raz zrobiły nowe;)
 Jest już trochę świątecznie. Z ozdobami będę szaleć jak ubierzemy w ten weekend choinkę;-)