niedziela, 9 lipca 2017

Kolorowe doniczki




  Myślałam, że napisanie kolejnego posta okaże się łatwiejsze...Życie, a w zasadzie moje drugie dziecko pokazało mi, że niekoniecznie. Moja mała córeczka okazała się bardzo, ale to bardzo wymagającą osóbką. Znaczy się ma i potencjał i charakter. Przerosła oczekiwania moje i mojego męża;) Dlatego często nie wiem jaki jest aktualnie dzień tygodnia, dni mieszają się z nocą a godziny zasuwają jak oszalałe. Przecież niedawno wychodziłam z Jagodą ze szpitala, a już mamy któryś tam dzień lipca, prawda?

Ale...

Wiecie, że ja raczej z tych optymistycznych ludzi jestem;)

  Dlatego śmiem twierdzić, że nawet przyzwyczaiłam sie do funkcjonowania w takim rytmie. To, co na początku mnie z lekka przerażało okazało się nie takie złe w praktyce. Żyje i mam się całkiem nieźle;)Tak, jestem cholernie zmęczona, ale nie ja jedna na tym świecie. Znajdę miliony kobiet, które mają gorzej ode mnie. Gdyby Jagoda była moim pierwszym dzieckiem pewnie miałabym niezłego baby bluesa, ale kolejność w tym przypadku okazała się odpowiednia;) Teraz już zwyczajnie tak nie spinam pośladków jak za pierwszym razem, mam sporo dystansu, a nawet czasem trzyma się mnie mój czarny humor. No i czas - ten jest bardzo ważny. Za pierwszym razem myślałam, że już nigdy, przenigdy nie wyjdę sama z domu i będę myśleć zawsze tylko o moim dziecku. Czy nie jest smutne, głodne itepe, itede... Dziś wiem, że ten czas tak szybko upływa, że cieszę się każdą jego chwilą. Każdym uśmiechem, gestem i krokiem milowym moich dziewczyn. Jestem dla nich. Cała. 

  Jednak jestem też kobietą, która lubi o siebie zadbać, dlatego mimo że czasem przydałyby się zapałki podtrzymujące moje powieki to i tak w międzyczasie raz na jakiś czas zaszaleję z makijażem. Serio. Lubię się dobrze czuć sama ze sobą. Wiem, że pachnę mlekiem i innymi kosmetykami do pielęgnacji delikatnej skóry niemowląt. Dlatego zdaję sobie z tego sprawę i z uśmiechem na ustach mogę Wam powiedzieć: tak, lubię tak pachnieć (przynajmniej na tym etapie mi to nie przeszkadza). Zresztą, już napisanie kolejnego posta udowadnia mi ,że chcieć znaczy móc! Dałam radę nie zasnąć i wyskrobać na komputerze co u nas słychać. Może dla kogoś to niewiele, ale uwierzcie mi dla mnie to BARDZO dużo.
  Dziś nie będzie oszałamiających zdjęć, pięknych wnętrz czy zapierających dech w piersiach pejzaży. Chcę Wam pokazać metamorfozę dwóch doniczek, które po przecenach wylądowały u mnie w domu. A następny post będzie poświęcony naszej sesji noworodkowej. Postaram się Wam odpowiedzieć na kilka kluczowych pytań, miedzy innymi czy w ogóle warto się na nią decydować.


 Jeśli dotarliście do końca tego tekstu i nie padliście - moje gratulacje! Za wszelkie błędy i literówki - bardzo przepraszam, naprawdę się starałam. Niestety moje oczy wiele już dziś przeszły,a mózg pracuje na zmniejszonych obrotach, dlatego wybaczcie;) Mimo to w mojej głowie powstają pomysły na kolejne posty, a więc do następnego!


Turkusowa doniczka ze skórzanymi uszami.Dziś jest biała w kolorowe donuty.
 

 Dziś nie ma już obrazu na ścianie. Został zastąpiony wielkim zdjęciem Baśki zrobionym na sosnowych dechach.

 Czerwona rynienka  z Ikei po metamorfozie.
 
Recyklingowy słoik po kawie w roli wazonu.

sobota, 10 czerwca 2017

W czwórkę



  Witajcie Kochani po długiej przerwie! Gdy pisałam ostatni post, nie wiedziałam jeszcze, że już dzień później (czyli dokładnie w Wielkanoc) wyląduję w szpitalu. I żeby nie było narzekania, że na krótko, to na bite pięć tygodni. Nie muszę Wam chyba pisać, że to był dla mnie i moich najbliższych trudny czas... Nie dość, że martwiliśmy się o maleństwo w brzuchu, to dochodziła do tego ogromna tęsknota za Basią, mężem i domem tak w ogóle... Żyłam od badania do badania, od KTG do KTG...Raz było dobrze, raz już niekoniecznie. Taki mały rollercoaster...Zarówno emocjonalny jak i fizyczny. 

Ale...
Jest to historia z happy endem bo...
15 maja o godzinie 9.33 na świat przyszła moja druga córeczka Jagódka! Gdy usłyszałam po raz pierwszy jej donośny krzyk płakałam jak bóbr. Pamiętacie jak pisałam wam, że bardzo boję się cesarskiego cięcia? Tym razem nie dane mi było urodzić naturalnie. Na każdym skurczu serduszko mojej córeczki ostro zwalniało, dlatego z powodu zagrożenia Jej życia została podjęta szybka decyzja. Jedyna słuszna. Nie było czasu na myślenie, strach czy jeszcze inne skrajne emocje. Jedyne o czym wtedy myślałam, to właśnie o niej... Przyszła na świat cała i zdrowa wywracając na nowo nasze "poukładane" życie;) Ogarniamy znów tę naszą rzeczywistość. Cały czas się poznajemy i docieramy. Uczymy i kochamy.

  Tym razem jestem spokojniejsza i bardziej pewna siebie. Mam więcej luzu i dystansu. Nie mówię, że zawsze jest kolorowo, bo są takie dni, że nie ogarniam bazy, nie wiem jaki jest aktualnie dzień tygodnia, o tym ,że nie jadłam śniadania przypominam sobie około godziny 15 gdy moje kiszki grają marsza, a założenie skarpetek zajmuje mi jakieś 3 minuty...Ale nie katuje się za to;-)Przynajmniej próbuję. Jagoda to bardzo, ale to bardzo wymagająca istotka. 
  Dziękuję tak wielu z Was za słowa wsparcia, otuchy i maile, które do mnie pisaliście! A Sandrze za piękny prezent dla mojej córeczki. Jak znajdę chwilę czasu to wrzucę zdjęcia;)Mimo wszystko postaram się dodawać posty w miarę regularnie na bloga (o ile będzie to możliwe) - on jest moją odskocznią;) Wy jesteście moją odskocznią;) Do następnego Kochani!!!






Komplet nadesłany przez Sandrę z Moje pasje
zrobiła mi ogromną niespodziankę, gdy mężowski przyniósł mi do szpitala spore pudło, a w nim same cudowności!! Do tego jest jeszcze różowy koszyczek zrobiony na szydełku i piękna pudrowo różowa bransoletka. Gdy było mi źle, taka niespodzianka sprawiła, że na serduchu zrobiło się jakoś tak cieplej...Jeszcze raz ci dziękuje kochana!